|
Oczywiście to wszystko nie jest takie proste, może w ogóle nie jest takie. Rodakowski był człowiekiem starym, człowiekiem innej epoki. Tak zwana ?reforma fałatowska" z koncepcji Rodakowskiego skorzystała, ale zapewne poszła dalej. Kraków nie był aż tak zatęchłym zaściankiem: sporą kulturę i wiedzę o sztuce, może też pewną świadomość tego, czym jest malarstwo, posiadał profesor Władysław Łuszczkiewicz, dwuletni bądź co bądź pary-żanin, który wprawdzie nie miał tego artystycznego autorytetu, jakim się cieszył Rodakowski, ale z godnością sprawował interregnum między Matejką a Fałatem. Poza tym dobry malarz nie zawsze jest dobrym pedagogiem i vice versa. Na koniec - akademie rzadko bywają ogniskami wielkiej sztuki. Co najmniej od czasów Michałowskiego, van Gogha, Gau-Kiiina i Cézanne'a nauczyliśmy się cenić samotników. Ale jeśli akademiom zostawić bodaj część zaufania, to zauważyć trzeba jeszcze, że w dwa lata po śmierci niedoszłego dyrektora Szkoły zjawi się w niej Stanisławski, paryżanin od Rodakowskiego niewiele gorszy, o czym warto pamiętać, w związku z tym najbardziej ?rodzimym" naszym malarzem. Siedział wprawdzie w Paryżu o połowę krócej od starszego kolegi, zawsze jednak dziesięć lat, był o generację młodszy, no i człowiek-wulkan, obdarzony wspaniałą inteligencją i - jak wspomina Boy - pasją nauczycielską (wychował między innymi Makowskiego), w dodatku pyszny organizator.
|