|
Profesor Jachimecki przeżył rzeczy nieporównanie gorsze, był w obozie: a teraz siedzi tutaj, srebrnowłosy, pije herbatę, jakby nigdy nic.
W ogromnej pracowni Tadzia na Floriańskiej było nieco mniej schludnie, czerwona skarpetka przybita do ściany stanowiła nawet akcent buntowniczy. I 'oza tym stały tam obrazy w robocie i obrazy stare, kościelne, które Tadzio restaurował. Natchnione się w tej pracowni odbywały posiedzenia. Najlepiej pamiętam wieczór, kiedy Jan Józef Szczepański czytał (co? Buty?) i wieczory choreografii. Tadzio, zaaferowany, nalewał, częstował, a potem, przymuszony, objaśniał własne obrazy: ?Tu ci takie jedzie do góry, ro-
zumisz, cieniutkie, pi pi pi, a tu pazur wyłazi z boku, to wcale nie pazur, tylko rondelek wisi na gwoździu, ale właściwie pazur..."
Tuż mieli swoje pracownie Mikulski i Nowosielski, odwiedzaliśmy ich czasem po nocy. Któryś zajmował się wówczas medytacjami nad sadyzmem, w czym wyprzedził modę na wiadomego markiza. Napisałem później taką notatkę o malarstwie pejzażowym Nowosielskiego:
W jego krajobrazach uderza rys, który by można nazwać samoistnością przedmiotów (lub raczej form plastycznych, idealnie wcielających ukazane na obrazach przedmioty): każda forma istnieje w swoim własnym, stanowczym konkrecie, odcięta od innych ciemnym konturem, indywidualnym blaskiem koloru, odrębnym stężeniem materialności.
|