|
przecież wyobraźnia i trudy nowoczesnych nie poszły na marne. Kształt życia, styl życia wokół nas wyglądałby zapewne inaczej, gdyby nie oni. Nasze myślenie o sztuce też wyglądałoby inaczej, nie znalibyśmy może ostrego, rozpierającego pierś powietrza skalistych szczytów, wizja iluż to artystów byłaby mniej śmiała, działanie mniej kategoryczne, poczucie misji wątlejsze. Jeśli jednak chodzi o znaczenie i wartość malarstwa - znaczenie i wartość wspaniałej schedy wielu pokoleń, do której bezustannie i nieuchronnie nawiązujemy - nowocześni wytłumaczyli niewiele. Ich działanie, ich klimat dopiero w połączeniu z działaniem kapistów daje sztuce międzywojennego dwudziestolecia pełny jej wyraz i sens.
Wszelki bezruch prowadzi do śmierci, a stanie bez ruchu na pozycjach Cezanne'a byłoby równie nonsensowne, jak stanie na pozycjach osiemnastowiecznego racjonalizmu po romantycznej burzy. Burzą romantyczną naszego wieku był nadrealizm, niezależnie od tego, czy wciągnął kogoś w kolisko cyklonu, czy przeszedł stronami.
Samo takie postawienie sprawy już jest zdradą nadrealizmu. Dla jego proroka, Bretona, ?przejście stronami", traktowanie nadrealizmu tylko jako jednego ze składników dzisiejszego życia sztuki i w ogóle życia, byłoby bluźnierstwem. Cóż robić, to jest fakt: nadrealizm jest składnikiem. Nadrealizm czysty, ortodoksyjny (cóż to takiego ? W oczach Bretona tylko on sam był ortodoksyjny) triumfuje nadal przede wszystkim w literaturze. Jeśli w malarstwie, w grafice, w dekoracji teatralnej - to przez literaturę. Prawdziwe triumfy malarskie odnieśli nadrealiści (Miro, Ernst) na tych polach bitew, na których zdradzili swego proroka.
|